piątek, 4 września 2015

O pracy za granicą

plus kontra minus

     Emigracja za chlebem stała się codziennością kilka lat temu, gdy rzesze naszych rodaków wybrały się aż za morze, ocean, albo tylko za granicę do naszych zachodnich sąsiadów. Sto kilometrów, trzysta czy tysiąc - tak naprawdę, nie ma to znaczenia, bo każda odległość jest "czymś". Choć Polska uchodziła przez chwilę za "zieloną wyspę", ilość wyjeżdżających wcale nie uległa zmianie. I rośnie do dzisiaj.

     Kilka słów o pracy za granicą.

     Wiele osób, nie tylko młodych, chciałoby wyjechać, zarobić trochę grosza i wrócić. Wielu się to udaje, ale na początku każdy zawsze ma ten sam problem: jak to zrobić? Jeśli nie ma się znajomego, który wkręciłby w biznes, to słabo. Większość już się poddaje i daje sobie spokój. Rzeczywiście, praca przez znajomego jest najpewniejszą drogą, ale nie jedyną. Obecnie mamy łatwy dostęp do wielu internetowych portali z ofertami pracy, których wiarygodność jest kontrolowana i dokładnie sprawdzana. Praca-za-granica.pl czy Pracuj.pl to tylko niektóre możliwości. Jeśli zna się język urzędowy kraju, do którego planuje się wyjechać, można poszukać na tamtejszych stronach z ogłoszeniami.


     Jeśli jesteś młodą osobą i akurat masz wakacje, to świetnie dla ciebie. O ile, oczywiście, naprawdę masz zapał i chęci do pracy i jesteś na tyle odważny, by wyjechać samemu za granicę. Może się wydawać pestką, ale wcale tak nie jest. Jeśli pomyślisz sobie, że nikogo tam nie znasz, że to twoja pierwsza praca za granicą, że nie wiesz, czy sobie poradzisz - każe "ale" może poważnie podłamać twoją pewność siebie. Rozwiązanie? Najlepiej zaklepać sobie pracę, pozałatwiać wszystko w trymiga, a potem nie myśleć nic oprócz "dam radę, jestem świetny". Jeżeli jesteś strachajło, lepiej od razu spróbować sobie wmówić, że dasz radę i nic cię nie złamie - potem pójdzie z górki.

     W zależności, gdzie zdecydujesz się wyemigrować, taka rzeczywistość w ciebie uderzy. Przy własnych poszukiwaniach rozważałam Szwecję, Norwegię, Holandię, Anglię i Niemcy. Trafiło na te ostatnie - całkiem blisko, koszt podróży nie taki drogi, niemiecki znam całkiem nieźle, a do tego udało mi się jechać razem z dwójką znajomych - najlepiej, nie samemu jak palec. Mieszkanie zapewnione ze strony firmy, więc odchodzi kolejny problem. Nie pozostało nic innego, jak jechać i pracować.

     Praca za granicą jest dwa razy bardziej męcząca niż u siebie, szczególnie wtedy, gdy przez cały dzień - zarówno w pracy, jak i po niej, przed nią - komunikujesz się w obcym dla siebie języku. Bo tak to wygląda, choćby człowiek uczył się niemieckiego czy angielskiego od dziecka, to zawsze będzie to ten obcy język.  Z czasem zacznie się w nim myśleć, śnić, mówić przez sen i odpowiadać do polskich kolegów, z którymi się mieszka. Ale nie martw się, oni będą mieć to samo, także na pewno zrozumieją. Kolejna sprawa, to stres - każda praca jest w jakimś stopniu stresująca. Dodaj do tego obcy kraj, obcy język i sapiącego ci w twarz człowieka - zirytowanego człowieka, który sam nie wie, czego chce, ale wie, że ty masz wiedzieć, czego on chce. Odechciewa się w mgnieniu oka. Chyba że trafi ci się zbieranie owoców - to wydaje się nieco lżejsze, bo nie musisz się produkować w innym języku, ale jak już siądziesz w jednej pozycji, po dziesięciu godzinach nie wstaniesz.
     Przez pierwszy miesiąc wstawałam o czwartej, żeby o szóstej zacząć pracować, a potem wrócić o piętnastej do domu i zalec na kanapie w salonie na resztę dnia. Dodać do tego lipiec, falę upałów jak nigdy i piekarniczy piec rozgrzany do 200stu stopni za plecami. Ale wiecie co, nie chciałam wracać do domu i z rozmów ze współlokatorami wnioskowałam, że oni też nie. Mimo wszystko, te dwa miesiące były całkiem udane.
     Po powyższym tekście można by wywnioskować, że wyjazd za granicę to minus za minusem. No, nie jest tak, nie jest. Największy plus, oprócz gotówki, którą potem zobaczy się na swoim koncie, to nowi ludzie, tak myślę. Firma, w której pracowaliśmy, oferowała nam dwa duże mieszkania na około 20 osób - wydaje się dużo, 10 osób na jednym mieszkaniu, ale wcale się tego tak nie odczuwało. Może dlatego, że trafili się naprawdę bezkonfliktowi ludzie, z którymi samą przyjemnością było usiąść po pracy w salonie i obejrzeć razem RTL? Wspólne wstawanie, wspólne śniadania, czasami obiady, kolacje - wydaje mi się, że dość szybko zrobiła się z nas taka dobrze zgrana paczka dopiero co poznanych osób, które mimo to świetnie się ze sobą dogadywały. Dlatego poznanie tych ludzi i utrzymanie z nimi kontaktu wydaje i się lepsze nawet od wypłaty.
     No właśnie, pieniądze. Nie trzeba być geniuszem, żeby domyślić się, że samo wynagrodzenie rekompensowało stres, ranne wstawanie, życie na obczyźnie i te sprawy. No bo właśnie po to każdy z nas tam pojechał. W każdym kraju wynagrodzenie jest inne nawet za te same stanowiska letnich prac. Duży plus, gdy jesteś studentem i firma nie musi odprowadzać całego podatku. Czasem trafisz na minimalną krajową (która wciąż jest wyższa od naszej) albo na konkretną stawkę (która też jest wyższa od naszej). Zanim jednak zarobisz pieniądze, musisz w nie zainwestować. Koszt podróży, pieniądze na czas pobytu za granicą. Wydatki dochodzą nieraz do tej granicy, że wyjazd tylko na miesiąc jest nieopłacalny, przynajmniej według mnie i, gdybym następnym razem decydowała się na podobną przygodę, też uderzałabym w cały sezon. Na pewno lepsze to niż siedzenie w domu, a jeśli jesteś studentem, to zawsze jeszcze pozostaje wrzesień na wybawienie się przed rozpoczęciem nowego roku akademickiego.


Zdarzyło Wam się uderzyć za granicę? 
Jeśli tak, to gdzie Was wywiało i jak oceniacie ten czas? 
Albo może dopiero planujecie spróbować swoich sił?



1 komentarz:

  1. Czasem trafisz na minimalną krajową (która wciąż jest wyższa od naszej) albo na konkretną stawkę (która też jest wyższa od naszej). - padłam !

    OdpowiedzUsuń

Szablon wykonany przez Patrycję Grzyb dla bloga
Z J A D L A M - S Z M I N K E.pl
2017 | All Rights Reserved

kontakt: wanilijowa@gmal.com